Drugiego dnia (13.09) po sniadaniu, juz o 7:00 dobilismy do Komodo. Komodo jest wieksza i jak juz pisalam nie taka goraca jak Rinca, zdecydowanie bardziej zielona, zatem i warany maja wiecej okazji zeby sie ukryc... Poza tym warany na Komodo sa najwieksze. Na necie pisza, ze warany dozywaja 30 lat, podczas gdy Park Narodowy Komodo utrzymuje, ze jest to wiek 50ciu lat. Kilka przez nas spotkanych mialo ponoc (wg przewodnika) ok 30-35 lat.
Po raz kolejny wybralismy 2-godzinny marsz. Juz na poczatku trasy przy strumieniu, spotkalismy te wspomniane 30latki. Wokolo spacerowaly spokojnie jelenie. Warany sa aktywne w dzien, zwlaszcza kiedy jest duzo slonca (zmiennocieplne). Na poczatku tylko lezaly, jeden z przewodnikow - dla nas - 'turystow' zaczal rzucac w nie galeziami, zeby sie 'obudzily', wtedy sie podniosly i troche go pogonily... :))) a przy tym tez 'posyczaly' nie wiem czy chcialy walczyc, czy nas odstraszyc... ale ten syk jest dosc zlowrogi i przerazajacy...
Spotkalismy po drodze tez kilka mlodszych osobnikow, oraz jelenie i stado dzikow. Malp i dzikich koni na Komodo nie ma (jedynie na Rinca). Co ciekawe jak twierdza przewodnicy, nie ma tez komarow :))
Wspielismy sie na dosc wysokie wzgorze z pieknym widokiem na cala wyspe. A!!! I po drodze na chwile zatrzymalismy sie przy starej platformie, z ktorej kiedys warany karmiono.
Ofiary waranow byly i pewnie jeszcze beda. Choc zrodla mowia, ze warany unikaja czlowieka, to tak sobie mysle, ze jak sa mega glodne a okazja sprzyja, bo zaczaja sie od tylu, to pewnie i ja wykorzystaja. Wtedy najczesciej ugryza w noge, albo doslownie swoim ogonem 'powalaja' kogos z nog i atakuja gardlo. Wygladaja co prawda topornie i ciezko, ale jak przyjdzie do polowania, biegna baaaardzo szybko...
Mieszkancy wysp nigdy nie polowali na warany. Wierza w legende wg ktorej warany sa ich siostrami i bracmi, dlatego tez warany nie mialy nigdy duzo wrogow. Gorzej maja mlode, ktore czesto padaja ofiara tych 10-15 letnich najbardziej agresywnych osobnikow. Warany sa kanibalami, dlatego do 3 roku zycia mlode 'smoczki' zyja... na drzewach :))
Najbardziej znanym turysta, ktory padl ofiara waranow jest Baron Rudolph von Redding w 1974. W dolinie jest pomnik - bialy krzyz ku jego pamieci. Przewodnicy mowia, ze odlaczyl sie od grupy i poszedl nieco z boku, zeby zrobic lepsze zdjecia, a jeden zaatakowal od tylu, powalil go i ugryzl w gardlo (tak robia zeby ofiara nie mogla krzyczec 'na pomoc'). No i znaleziono tylko aparat fot. okulary i buty. Na necie sa troche inne wersje, ze spadl gdzies i krwawil z kolana (warany maja super wech), ale nie chcial zeby czekali, wiec reszta poszla dalej... W kazdym razie nieciekawa historia...
Gdy opuszczalismy wyspe mlody kolorowy, pewnie w wieku okolo 6-8 lat osobnik, przecial nam droge i 'odprowadzil' nas ok 100 m w strone naszej lodzi. Milo z jego strony... :))
Potem poplynelismy w rejon gdzie jest mnostwo mant (plaszczek) i widzielism cale mnostwo z lodzi. Niektore naprawde duze. Posnorkowalismy tam, ale z bliska pod woda zadnej juz nie widzielismy. Potem w drodze powrotnej byl snorkeling w poblizu wyspy Angel Island, juz blisko Flores. Piekna mala wyspa z biala plaza. W wodzie duzo paskudnych meduz i sporo roznych korali... Na wyspie jest tez hotel - Resort, cene w granicach 100 euro za noc.
To tyle z Komodo... :) i Labuhan bajo na Flores... miasteczko (portowe) jest bardzo turystyczne nie tylko ze wzgledu na wycieczki na Komodo i Rinca, ale takze na cale mnostwo miejsc do nurkawania.
Jutro ruszamy w glab wyspy. Na wschod, do Ruteng...
Donnerstag, 15. September 2011
Dienstag, 13. September 2011
Komodo i Rinca
Indonezja jest, jak zapewne wiecie krajem 17 000 (niektorzy nawet mowia o 20 000) wysp. Kazda wyspa jest inna i kazda wyjatkowa.
Pomine jednak narazie w opowiadaniu: Bali, Lombok i Sumbawa, bo wczoraj i dzis spelnilo sie jedno z moich dzieciecych widzimisie. Ktos moze nazwac to marzeniem. I chce sie od razu tym podzielic. Zwlaszcza, ze nie ma tu w hotelach wifi. I musimy biegac po restauracjach.
Do Labuanbajo na zachodnim wybrzezu wyspy Flores dotarlismy pare dni temu - 09.09. Wyluzowalismy troche i odpoczelismy, bo podroz po wczesniejszej Sumbale dala mam troche w kosc.
Ale wczoraj (12.09) w koncu udalismy sie na wycieczke, na ktora czekalam od dawna, na wyspy: Rinca i Komodo. O 7: 30 ruszylismy lodzia w czworke, dobrze sie zlozylo, para z Francji - bardzo sympatyczna... postanowila do nas dolaczyc i dzielic koszty lodzi / wycieczki. Pierwsza w planie byla Rinca. Wyspa oczywiscie mniejsza w porownaniu z Komodo, ale i bardziej goraca i sucha. Nie ma wiele drzew, raczej krzaki.
Na dzien dobry przy kuchni lezaly 4 srednie warany. No tak - czuja jedzenie. Dawno temu, jak mowia przewodnicy zaczeto karmic Warany i tak bylo kilka lat, ale teraz jest to im zabronione. Z trzech roznej dlugosci tras, na trekking wybralismy najdluzszy - 2godzinny. Po 10 minutach marszu, doszlismy do miejsca, gdzie kilka dni temu warany zabily dzikiego konia (tak wszystko co zyje na wyspie jest dzikie). Oprocz koni, warany na Rinca poluja tez na malpy - makaki (long-tailed macaques) i jelenie.
Zatem 20 minut gapilismy sie, z oczami jak pieciozlotowki, jak w miare mlody osobnik wcina co zostalo na szkielecie, jak sobie pomaga pazurami i 'zmijowatym' jezykiem. Naprawde mielismy szczescie (niektorym widok waranow konczy sie na tych lezacych w sloncu przy kuchni). Potem tez mignelo nam kilka lezacych w sloncu, starszych osobnikow, jeden naprawde wielki i stary, oraz jeden mlodziutki kolo 3 lat - fantastycznie kolorowy. Generalnie jak tak sobie leza to wygladaja jak sucha kloda drewna posrod drzew... Bardzo ciezko je wypatrzec - bardzo, a na dodatek jak chca zaatakowac to skradaja sie od tylu. Nikt i nic nie ma szans. Trase zrobilismy w 1,5 godziny, a potem dalej ruszylismy (lodzia) w strone Komodo i po drodze na zatoke, na ktorej zacumowalismy i nocowalismy, jeszcze posnorklowalismy w przepieknym miejscu - Pink Beach.. Roznokolorowe korale, ryb mniej, ale korale naprawde przepiekne - roznej wielkosci i naprawde rozne rodzaje. Jeden szczegolne rzucil mi sie w oczy - wielki okolo metrowy, okragly i pomarszczony - jak ludzki mozg. Chociaz woda byla okropnie zimna, zachmurzylo sie i wial straszny wiatr (zero slonca), naprawde waaaarto bylo!!
Wieczorem przed snem jeszcze podziwialismy Flying foxes. Po naszemu Pteropusy... najwieksze zyjace nietoperze... A tak na marginesie malpy nie daly mi spac... Na wyspie przy ktorej cumowalismy, chyba blisko mialy jaskinie i wrzeszczaly cala noc. Najpierw myslalam, ze ktos podcina swiniom gardlo, taki krzyk i wrzask, ale o 3 nad ranem???
O dzisiejszym dniu opowiem pewnie pozniej albo jutro... cdn... niestety musimy leciec, dopiero co wrocilismy, poszlimy do hotelu zalatwilismy nocleg, teraz kolacja, a nasze biuro z urocza belgijka, ktora zostala tu (oczywiscie) z milosci i ktora nam 'zalatwila' wycieczke ma nasze bagaze, a otwarte jest jeszcze tylko 20 minut... papa
Pomine jednak narazie w opowiadaniu: Bali, Lombok i Sumbawa, bo wczoraj i dzis spelnilo sie jedno z moich dzieciecych widzimisie. Ktos moze nazwac to marzeniem. I chce sie od razu tym podzielic. Zwlaszcza, ze nie ma tu w hotelach wifi. I musimy biegac po restauracjach.
Do Labuanbajo na zachodnim wybrzezu wyspy Flores dotarlismy pare dni temu - 09.09. Wyluzowalismy troche i odpoczelismy, bo podroz po wczesniejszej Sumbale dala mam troche w kosc.
Ale wczoraj (12.09) w koncu udalismy sie na wycieczke, na ktora czekalam od dawna, na wyspy: Rinca i Komodo. O 7: 30 ruszylismy lodzia w czworke, dobrze sie zlozylo, para z Francji - bardzo sympatyczna... postanowila do nas dolaczyc i dzielic koszty lodzi / wycieczki. Pierwsza w planie byla Rinca. Wyspa oczywiscie mniejsza w porownaniu z Komodo, ale i bardziej goraca i sucha. Nie ma wiele drzew, raczej krzaki.
Na dzien dobry przy kuchni lezaly 4 srednie warany. No tak - czuja jedzenie. Dawno temu, jak mowia przewodnicy zaczeto karmic Warany i tak bylo kilka lat, ale teraz jest to im zabronione. Z trzech roznej dlugosci tras, na trekking wybralismy najdluzszy - 2godzinny. Po 10 minutach marszu, doszlismy do miejsca, gdzie kilka dni temu warany zabily dzikiego konia (tak wszystko co zyje na wyspie jest dzikie). Oprocz koni, warany na Rinca poluja tez na malpy - makaki (long-tailed macaques) i jelenie.
Zatem 20 minut gapilismy sie, z oczami jak pieciozlotowki, jak w miare mlody osobnik wcina co zostalo na szkielecie, jak sobie pomaga pazurami i 'zmijowatym' jezykiem. Naprawde mielismy szczescie (niektorym widok waranow konczy sie na tych lezacych w sloncu przy kuchni). Potem tez mignelo nam kilka lezacych w sloncu, starszych osobnikow, jeden naprawde wielki i stary, oraz jeden mlodziutki kolo 3 lat - fantastycznie kolorowy. Generalnie jak tak sobie leza to wygladaja jak sucha kloda drewna posrod drzew... Bardzo ciezko je wypatrzec - bardzo, a na dodatek jak chca zaatakowac to skradaja sie od tylu. Nikt i nic nie ma szans. Trase zrobilismy w 1,5 godziny, a potem dalej ruszylismy (lodzia) w strone Komodo i po drodze na zatoke, na ktorej zacumowalismy i nocowalismy, jeszcze posnorklowalismy w przepieknym miejscu - Pink Beach.. Roznokolorowe korale, ryb mniej, ale korale naprawde przepiekne - roznej wielkosci i naprawde rozne rodzaje. Jeden szczegolne rzucil mi sie w oczy - wielki okolo metrowy, okragly i pomarszczony - jak ludzki mozg. Chociaz woda byla okropnie zimna, zachmurzylo sie i wial straszny wiatr (zero slonca), naprawde waaaarto bylo!!
Wieczorem przed snem jeszcze podziwialismy Flying foxes. Po naszemu Pteropusy... najwieksze zyjace nietoperze... A tak na marginesie malpy nie daly mi spac... Na wyspie przy ktorej cumowalismy, chyba blisko mialy jaskinie i wrzeszczaly cala noc. Najpierw myslalam, ze ktos podcina swiniom gardlo, taki krzyk i wrzask, ale o 3 nad ranem???
O dzisiejszym dniu opowiem pewnie pozniej albo jutro... cdn... niestety musimy leciec, dopiero co wrocilismy, poszlimy do hotelu zalatwilismy nocleg, teraz kolacja, a nasze biuro z urocza belgijka, ktora zostala tu (oczywiscie) z milosci i ktora nam 'zalatwila' wycieczke ma nasze bagaze, a otwarte jest jeszcze tylko 20 minut... papa
Sonntag, 11. September 2011
Kuala Lumpur... czyli potocznie KL
21.08 W niedziele wczesnym rankiem wyruszylismy do Kuala Lumpur. Dobra wiadomosc: tylko 2h autobusem z Malakki. Zabukowalismy wczesniej hotel blisko dworca na ktory przyjechalismy. Moj plecak robi sie troche za ciezki na dlugie chodzenie... od dluzszego czasu oscyluje kolo 20 kg. Dobrze ze i dworzec byl w sercu miasta i wszedzie stamtad w miare blisko. Nie spodziewalismy sie rewelacji, ale hotel bardzo pozytywnie nas zaskoczyl. Pokoj skromny, ale czysciutki. Akurat w dzien naszego przyjazdu zaplanowali zmiane materaca na nowy, wiec dobrze nam sie spalo. Poza tym super sprawa: kuchnia - herbata i kawa i goraca woda, zeby sobie zaparzyc cos o kazdej porze (nie czesto sie zdarza), taras dla gosci, gdzie wszyscy przesiadywali i wieczorem przy piwku dzielili sie 'doswiadczeniami' z podrozy, a na poczatek chlopak, ktory nas przyjal w hotelu wyjasnij nam i wkazal na mapie wszystko co warto zobaczyc i gdzie warto zjesc :))
Miasto bardzo mi sie spodobalo. Centrum najbardziej porownalabym chyba do tego w Bangkoku, niz w innych miastach w ktorych bylismy, moze nawet miejscami do Singapuru. Mnostwo wiezowcow, nowoczesnych centrow handlowych, kawiarni i restauracji. Zdecydowanie dynamicznie rozwijajace sie. Oczywiscie bylismy w Petronas Towers, chociaz nie na gorze. Na samym dole jest centrum handlowe, na zewnatrz calkiem zgrabnie ulozone w calosc park i sztuczne jezioro. Wjazd na wieze sobie darowalismy, choc pokusa byla spora. Zeby kupic bilet trzeba stac w kolejce od 7:00 rano lub wczesniej (bo podobno tlumy), od 8:30 mozna kupic bilet na nastepny dzien (!), a ilosc biletow ograniczona. Obowiazuje zasada 'pierwszy przyszedles, pierwszy dostaniesz bilet'...
My skupilismy sie przede wszystkim na zalatwieniu wizy do Indonezji. Co prawda 30-dniowa dostaje sie przy przekroczeniu granicy, ale my chcielismy pobyc dluzej, wiec wystapilismy o 60 dniowa w ambasadzie w KL. W poniedzialek 22.08 z samego rana udalismy sie do ambasady. Troche tam wysiedzielismy, ale na szczescie wizy obydwoje dostalismy. Czytalismy na forach, ze jest ciezko i byly przypadki, ze po prostu oddawali pieniadze i paszport i wizy nie dali, nie bo nie. Bylby duzy problem, zreszta jak za kazda wiza, sie zastanawialismy - co gdyby jedno z nas dostalo wize, a drugie nie... albo jedno dluzszy pobyt, a drugie krotszy - jak to bylo w Bangkoku i co z tym fantem bysmy zrobili; na pewno to strata pieniedzy; dluzsza wiza kosztuje wiecej, a podrozowac osobno nie chcemy. Bynajmniej ja.
Jak juz wspomnialam szczesliwie odebralismy wizy nastepnego dnia :))) a reszte czasu, spedzilismy na spacerach po miescie, w kinie oraz na konwersacjach hotelowych. Ostatniego dnia kiedy to zwiedzilismy najwiekszy w okolicy Central Market w drodze powrotnej natknelam sie na kilka sklepow na ktorych wypatrzylam znajomy jezyk. Od razu przypomnialy mi sie charakterystyczne okragle literki jezyka birmanskiego :))) Okazalo sie, ze te kilkanascie metrow ulicy to faktycznie taka 'mala Birma'. Sklepy, w ktorych mozna dostac longy, Betel nuts, Thanake i wszystko, o czym Wam pisalam w Birmie. Kupilam wiec znowu zielona herbate i kilka charoots (cygara), choc tu mieli o roznych smakach i mniejsze (!). Znowu moglam powiedziec te pare slow, ktore pamietam czyli 'mingala ba' - witaj (oraz ile to kosztuje i dziekuje), a ze chlopak ktory tam pracowal byl z Birmy, ucieszyl sie na te moje kilka zwrotow, ale tez dowiedzialam sie pare rzeczy - drobiazgow, ktore mnie nurtowaly od czasu wyjazdu z tego pieknego kraju.
Bardzo wczesnym rankiem 25.08 wyruszylismy na lotnisko i lotem KL - Denpasar, zaczela sie nasza przygoda w Indonezji. Ok, ok... moze raczej nasza przygoda z Bali... Bali nie da sie tak poprostu porownac z reszta Indonezji.
cdn...
Miasto bardzo mi sie spodobalo. Centrum najbardziej porownalabym chyba do tego w Bangkoku, niz w innych miastach w ktorych bylismy, moze nawet miejscami do Singapuru. Mnostwo wiezowcow, nowoczesnych centrow handlowych, kawiarni i restauracji. Zdecydowanie dynamicznie rozwijajace sie. Oczywiscie bylismy w Petronas Towers, chociaz nie na gorze. Na samym dole jest centrum handlowe, na zewnatrz calkiem zgrabnie ulozone w calosc park i sztuczne jezioro. Wjazd na wieze sobie darowalismy, choc pokusa byla spora. Zeby kupic bilet trzeba stac w kolejce od 7:00 rano lub wczesniej (bo podobno tlumy), od 8:30 mozna kupic bilet na nastepny dzien (!), a ilosc biletow ograniczona. Obowiazuje zasada 'pierwszy przyszedles, pierwszy dostaniesz bilet'...
My skupilismy sie przede wszystkim na zalatwieniu wizy do Indonezji. Co prawda 30-dniowa dostaje sie przy przekroczeniu granicy, ale my chcielismy pobyc dluzej, wiec wystapilismy o 60 dniowa w ambasadzie w KL. W poniedzialek 22.08 z samego rana udalismy sie do ambasady. Troche tam wysiedzielismy, ale na szczescie wizy obydwoje dostalismy. Czytalismy na forach, ze jest ciezko i byly przypadki, ze po prostu oddawali pieniadze i paszport i wizy nie dali, nie bo nie. Bylby duzy problem, zreszta jak za kazda wiza, sie zastanawialismy - co gdyby jedno z nas dostalo wize, a drugie nie... albo jedno dluzszy pobyt, a drugie krotszy - jak to bylo w Bangkoku i co z tym fantem bysmy zrobili; na pewno to strata pieniedzy; dluzsza wiza kosztuje wiecej, a podrozowac osobno nie chcemy. Bynajmniej ja.
Jak juz wspomnialam szczesliwie odebralismy wizy nastepnego dnia :))) a reszte czasu, spedzilismy na spacerach po miescie, w kinie oraz na konwersacjach hotelowych. Ostatniego dnia kiedy to zwiedzilismy najwiekszy w okolicy Central Market w drodze powrotnej natknelam sie na kilka sklepow na ktorych wypatrzylam znajomy jezyk. Od razu przypomnialy mi sie charakterystyczne okragle literki jezyka birmanskiego :))) Okazalo sie, ze te kilkanascie metrow ulicy to faktycznie taka 'mala Birma'. Sklepy, w ktorych mozna dostac longy, Betel nuts, Thanake i wszystko, o czym Wam pisalam w Birmie. Kupilam wiec znowu zielona herbate i kilka charoots (cygara), choc tu mieli o roznych smakach i mniejsze (!). Znowu moglam powiedziec te pare slow, ktore pamietam czyli 'mingala ba' - witaj (oraz ile to kosztuje i dziekuje), a ze chlopak ktory tam pracowal byl z Birmy, ucieszyl sie na te moje kilka zwrotow, ale tez dowiedzialam sie pare rzeczy - drobiazgow, ktore mnie nurtowaly od czasu wyjazdu z tego pieknego kraju.
Bardzo wczesnym rankiem 25.08 wyruszylismy na lotnisko i lotem KL - Denpasar, zaczela sie nasza przygoda w Indonezji. Ok, ok... moze raczej nasza przygoda z Bali... Bali nie da sie tak poprostu porownac z reszta Indonezji.
cdn...
Sonntag, 4. September 2011
Malakka
18.08 z Kuching wrocilismy na polwysep Malajski do Johor Bahru. I od razu zlapalismy autobus do Malakki (3,5 h). Malakka znajduje sie w ciesninie Malakka, ktora jest jedna z najbardziej znaczacych punktow dla handlu na swiecie. Miasto Malakka jest portowym miastem zbudowanym w XIV wieku, stolica i historycznym centrum stanu, w ktorym przez nastepne stulecia kwitl handel. Miasto jest bardzo nowoczesne, stylowe i takie europejskie... Na architekture miasta zdecydowany wplyw mialy lata kolonizacji przez Portugalczykow, Holendrow i Brytyjczykow, ale takze tradycyje i kutura potomkow chinskich imigrantow - Peranakan, majacych duzy udzial w rozbudowie miasta. Zatrzymalismy sie wlasnie w tej dzielnicy, ktora nazwana jest poprostu Chinatown, chociaz wiekszosc nie rozmawia i nie uzywa dawno j. chinskiego. Zycie zdawalo sie tu zaczynac wieczorami. Pojawialy sie 'stragany' z jedzeniem, piciem, muzyka, zabawkami i innymi roznosciami.
W Malacce jest mnostwo do zwiedzania. Zabytkowy ratusz, koscioly katolickie, chinskie swiatynie, muzulmanskie meczety oraz inne. My przez te jedyne dwa i pol dnia jedynie poplynelismy statkiem w rejs po rzece, bylismy w Muzeum Morskim, ktore znajduje sie w wielkim statku, oraz w kinie ;). Polubilismy bardzo roznorodnosc Malakki. Dotyczy to takze kuchni (chinska, malajska, europejska). Wszystko smakowalo wybornie, zwlaszcza smakolyki, ktorych wiekszosc mozna spotkac ponoc tylko tutaj...
Niezbyt przyjemny moment kazdego dnia, pobudka z pobliskiego meczetu, modlitwa wygloszona przez mikrofon na poczatek dnia okolo 6tej, a potem kolejne 4 razy w ciagu dnia...
p.s. Miasto Malakka zostalo wpisane w roku 2008 na liste UNESCO.
W Malacce jest mnostwo do zwiedzania. Zabytkowy ratusz, koscioly katolickie, chinskie swiatynie, muzulmanskie meczety oraz inne. My przez te jedyne dwa i pol dnia jedynie poplynelismy statkiem w rejs po rzece, bylismy w Muzeum Morskim, ktore znajduje sie w wielkim statku, oraz w kinie ;). Polubilismy bardzo roznorodnosc Malakki. Dotyczy to takze kuchni (chinska, malajska, europejska). Wszystko smakowalo wybornie, zwlaszcza smakolyki, ktorych wiekszosc mozna spotkac ponoc tylko tutaj...
Niezbyt przyjemny moment kazdego dnia, pobudka z pobliskiego meczetu, modlitwa wygloszona przez mikrofon na poczatek dnia okolo 6tej, a potem kolejne 4 razy w ciagu dnia...
p.s. Miasto Malakka zostalo wpisane w roku 2008 na liste UNESCO.
Kuching - Sarawak-Borneo-Malezja
14.08 z Kota Kinabalu przylecielismy na drugi koniec malezyjskiej czesci Borneo, do stolicy Sarawak - Kuching. Kuching w jezyku malajskim znaczy kot. Nazwe taka ponoc nadal miastu pierwszy biala radza - James Brook. Sa pomniki kotow na ulicach, oraz jest poswiecone im w calosci muzeum(!) no i mnostwo roznych gadzetow w sklepach typu pluszaki-koty i podobizny roznej masci na koszulkach. Miasto jest zadbane i bardzo ladne, zwlaszcza kolorowa dzielnica chinska oraz deptak nad rzeka. Powiew swiezosci po rozwleklym, zatloczonym i nieco dusznym Kota Kinabalu. Bylismy w Muzeum Sarawak w ktorym znajduja sie muzea Sztuki, Natury i Etnologii (w zakres muzeum wchodzi takze historia, geologia i archeologia)... Wieczorami nad rzeka wyrastalo jak grzyby po deszczu mnostwo 'budek' z jedzeniem, koktajlami i muzyka. Duzo spacerowalismy po miescie, ale ze zwiedzaniem potraktowalismy sie w miare ulgowo.
Samstag, 27. August 2011
Borneo, Sabah
01.08 przylecielismy z Johor Bahru (pld-wsch czesc polwyspu Malajskiego) na Borneo, a dokladniej do Kota Kinabalu, miasta ktore lezy we wschodniej czesci malezyjskiego Borneo zwanej SABAH. Tu tez znajduje sie najwyzszy szczyt Malezji Kinabalu (4 095 m). W kota Kinabalu spedzilismy pare dni, ale samo miasto jest rozwlekle, niezbyt przystepne... Przez te kilka dni czytalismy o tym wszystkim i zastanawialismy sie jak dalej chcemy podrozowac, no i co warto zobaczyc na Borneo. Wyspa ta oczywiscie slynie ze swej fauny i flory, niektore gatunki sa tu endemiczne, wiec postawilismy na to... 04.08 udalismy sie do oddalonego o 330 km Sandakan, gdyz wydalo nam sie ciekawsze (wszystko tu jest nieco drozsze niz na polwyspie). W blizszej lub dalszej odleglosci od Sandakan dostepne sa wycieczki jak np:
- wspinaczka na Kinabalu - niestety trzeba zabukowac kilka miesiecy przed... :((( ,
- nocna obserwacja zolwii zielonych podczas skladania jaj (na wysepkach archipelagu Sandakan),
- wizyta u Urangutanow - w miescie Sepilok, w 'Sepilok Orang-utan Rehabilitation Center', 30 ringgit/os, 20km (tam podejrzewam Martyna W. pseudonim 'podrozniczka' od calowania w sierocincu orangutnow nabawila sie grzyba),
- Gomantong Caves - system jaskin z mnostwem zyjacych w niej ptakow z rodziny jerzykowatych, okolo 100km od Sandakan. Trzeba wspomniec, ze gniazda tychze ptakow sa bardzo pozadane przez lokalna spolecznosc ze wzgledu na walory smakowe i sporzadza sie na ich bazie zupe. Sa dwie jaskinie - Czarna jest otwarta dla zwiedzajacych i ma okolo 90m wysokosci, Biala natomiast jest mniej dostepna, bardziej niebezpieczna i trzeba miec 'specjalne' pozwolenie na wejscie (czyli wiecej 'posmarowac'). Z Czarnej j. zbiera sie czarne gniazda (tansze), z bialej jaskini zas (jak zgadliscie zapewne) w wiekszosci ptaki skladaja b. wysoko biale gniazda (obecnie bardzo drogie, lepsze w smaku). Ze wzgledu na wspinaczke po nie, ciezko je bylo, i coraz trudniej jest je zdobyc. Z czasem ludzie zaczeli zabierac je, nawet zanim mlode sie wykluly z jaj, tym samym ich populacja zaczela drastycznie malec. Teraz jaskinia jest 'pod ochrona' :))
- Rainforest Discovery Centre (Sepilok, bilet 10 ringgit/os) w malym budynku przy wejsciu zaprezentowane sa gatunki roslin i zwierzat na Borneo, a za nim jest ogrod botaniczny, wielkie jezioro i duza powierzchni dzungli do spacerow, wiec jeden dzien w tym miejscu to zdecydowanie za malo...
- wyprawa lodzia po rzece Kinabatangan z nadzieja na obserwacje jednego z bardzo interesujacych gatunkow Borneo - Hornbill czyli dzioborozca, a takze Raflezji Arnolda (haha tym razem nic wspolnego ze Schwarzeneggerem...), chociaz ja mozna ponoc spotkac tez na Sumatrze i wiele innych. Mozna je wypatrzec, ale nie jest zagwarantowane, ze sie cokolwiek zobaczy, oprocz rzeki i dzungli ;)
- no i juz niektorzy widzieli zdjecia - 'Labuk Bay Proboscis Monkey Sanctuary' (60 ringgit/os). Mina niektorych malpek i dotkniecie nochala (az 3 razy) doroslego samca o 'doroslym' , pokaznym nochalu... BEZCENNE!!!! ;)))))
- To oczywiscie nie wszystko... Jest tez mega duzo okazji i miejsc do nurkowania oraz... do wolontariatu :))) jesli komus z Was znudzi sie robota, ma duzo kasy i chcialby pomoc... ;) Zainteresowanym moge podac linki...
Wspomniec chce tez, ze z Sandakan do Ranau (okolo 260 km) mialy miejsce w mrocznych i ponurych czasach II wojny swiatowej 'marsze smierci', czyli marsze wiezniow wojennych schwytanych przez Japonczykow. W obozie pracy w Sandakan podczas wojny pracowalo tysiece wiezniow. W 1944 r. zostalo ich okolo 2 400 glownie z wojsk australijskich i brytyjskich (warunki podobne jak te wiezniow w Tajlandii i Birmie przy budowie 'Kolei Smierci'). Kiedy wojna zblizala sie ku koncowi, a wiezniowie coraz czesciej sie buntowali, Japonczycy zdecydowali o przeniesieniu obozu wglab Borneo. Wiezniow wysylano do Ranau w trzech marszach (pierwszy - 28 lutego 1945r), a jedynymi ktorzy przezyli bylo 6 Australijczykow, ktorym... udalo sie uciec jeszcze podczas marszu lub juz z obozu w Ranau, a nastepnie otrzymali pomoc lokalnej spolecznosci. Japonczycy byli nieludzko brutalni. Do lipca 1945 wszyscy zmarli, nie bylo juz ani jednego ocalalego wieznia w obozie Ranau. Jak na ironie, po wojnie okazalo sie ze byly plany odbicia wiezniow na poczatku 1945 roku, ale padly sugestie wywiadu, ze raczej nie ma wiezniow (ocalalych) w obozie w Sandakan...
Jak zawsze, bardziej tematem zainteresowanych odsylam do lektury. Jesli chcecie poczytac na wikip. to od razu wejdzcie na angielska lub niemiecka wersje, bo polskiej nie ma. Nasz przewodnik 'Lonely Planet' troche sie mija z liczbami z wikip. 'Sandakan Memorial Park' znajduje sie kilka kilometrow od Sandakan.
- wspinaczka na Kinabalu - niestety trzeba zabukowac kilka miesiecy przed... :((( ,
- nocna obserwacja zolwii zielonych podczas skladania jaj (na wysepkach archipelagu Sandakan),
- wizyta u Urangutanow - w miescie Sepilok, w 'Sepilok Orang-utan Rehabilitation Center', 30 ringgit/os, 20km (tam podejrzewam Martyna W. pseudonim 'podrozniczka' od calowania w sierocincu orangutnow nabawila sie grzyba),
- Gomantong Caves - system jaskin z mnostwem zyjacych w niej ptakow z rodziny jerzykowatych, okolo 100km od Sandakan. Trzeba wspomniec, ze gniazda tychze ptakow sa bardzo pozadane przez lokalna spolecznosc ze wzgledu na walory smakowe i sporzadza sie na ich bazie zupe. Sa dwie jaskinie - Czarna jest otwarta dla zwiedzajacych i ma okolo 90m wysokosci, Biala natomiast jest mniej dostepna, bardziej niebezpieczna i trzeba miec 'specjalne' pozwolenie na wejscie (czyli wiecej 'posmarowac'). Z Czarnej j. zbiera sie czarne gniazda (tansze), z bialej jaskini zas (jak zgadliscie zapewne) w wiekszosci ptaki skladaja b. wysoko biale gniazda (obecnie bardzo drogie, lepsze w smaku). Ze wzgledu na wspinaczke po nie, ciezko je bylo, i coraz trudniej jest je zdobyc. Z czasem ludzie zaczeli zabierac je, nawet zanim mlode sie wykluly z jaj, tym samym ich populacja zaczela drastycznie malec. Teraz jaskinia jest 'pod ochrona' :))
- Rainforest Discovery Centre (Sepilok, bilet 10 ringgit/os) w malym budynku przy wejsciu zaprezentowane sa gatunki roslin i zwierzat na Borneo, a za nim jest ogrod botaniczny, wielkie jezioro i duza powierzchni dzungli do spacerow, wiec jeden dzien w tym miejscu to zdecydowanie za malo...
- wyprawa lodzia po rzece Kinabatangan z nadzieja na obserwacje jednego z bardzo interesujacych gatunkow Borneo - Hornbill czyli dzioborozca, a takze Raflezji Arnolda (haha tym razem nic wspolnego ze Schwarzeneggerem...), chociaz ja mozna ponoc spotkac tez na Sumatrze i wiele innych. Mozna je wypatrzec, ale nie jest zagwarantowane, ze sie cokolwiek zobaczy, oprocz rzeki i dzungli ;)
- no i juz niektorzy widzieli zdjecia - 'Labuk Bay Proboscis Monkey Sanctuary' (60 ringgit/os). Mina niektorych malpek i dotkniecie nochala (az 3 razy) doroslego samca o 'doroslym' , pokaznym nochalu... BEZCENNE!!!! ;)))))
- To oczywiscie nie wszystko... Jest tez mega duzo okazji i miejsc do nurkowania oraz... do wolontariatu :))) jesli komus z Was znudzi sie robota, ma duzo kasy i chcialby pomoc... ;) Zainteresowanym moge podac linki...
Wspomniec chce tez, ze z Sandakan do Ranau (okolo 260 km) mialy miejsce w mrocznych i ponurych czasach II wojny swiatowej 'marsze smierci', czyli marsze wiezniow wojennych schwytanych przez Japonczykow. W obozie pracy w Sandakan podczas wojny pracowalo tysiece wiezniow. W 1944 r. zostalo ich okolo 2 400 glownie z wojsk australijskich i brytyjskich (warunki podobne jak te wiezniow w Tajlandii i Birmie przy budowie 'Kolei Smierci'). Kiedy wojna zblizala sie ku koncowi, a wiezniowie coraz czesciej sie buntowali, Japonczycy zdecydowali o przeniesieniu obozu wglab Borneo. Wiezniow wysylano do Ranau w trzech marszach (pierwszy - 28 lutego 1945r), a jedynymi ktorzy przezyli bylo 6 Australijczykow, ktorym... udalo sie uciec jeszcze podczas marszu lub juz z obozu w Ranau, a nastepnie otrzymali pomoc lokalnej spolecznosci. Japonczycy byli nieludzko brutalni. Do lipca 1945 wszyscy zmarli, nie bylo juz ani jednego ocalalego wieznia w obozie Ranau. Jak na ironie, po wojnie okazalo sie ze byly plany odbicia wiezniow na poczatku 1945 roku, ale padly sugestie wywiadu, ze raczej nie ma wiezniow (ocalalych) w obozie w Sandakan...
Jak zawsze, bardziej tematem zainteresowanych odsylam do lektury. Jesli chcecie poczytac na wikip. to od razu wejdzcie na angielska lub niemiecka wersje, bo polskiej nie ma. Nasz przewodnik 'Lonely Planet' troche sie mija z liczbami z wikip. 'Sandakan Memorial Park' znajduje sie kilka kilometrow od Sandakan.
Samstag, 20. August 2011
Selamat Datang - witajcie w Malezji!!! :)))
Po wyjsciu z singapurskiego Zoo ruszylismy do Malezji - do Johor Bahru. Nie ma zadnego problemu zeby dostac sie z Singapuru do Malezji - lokalne autobusy jezdza b. czesto :). Z wiza tez nie bylo problemu, dostalismy na 90 dni. Malezja lezy na Polwyspie Malajskim, oraz w polnocnej czesci Borneo (czasem okreslane sa poprostu jako Zachodnia i Wschodnia Malezja). Przedzielone sa Morzem Poludniowochinskim.
Od razu poczulismy roznice (po Wietnamie). Ludzie sa przyjazni, albo sie usmiechaja (czesto) albo nie zwracaja uwagi - ale sie nie gapia i nie wytykaja palcami. Jest duzo imigrantow, wiec pewnie dlatego... Spoty reklamowe przedstawiaja Malezje w regionie jako 'Truly Asia' (czyli prawdziwa Azja)... wlasnie ze wzgledu na ten kulturowy mix. Po raz pierwszy w naszej podrozy widzimy tez czesto kobiety w hidzabie (odslaniajaca twarz husta noszona na glowie przez muzulmanki). Przy czym czesciej w Malezji niz w Singapurze. Okolo 60% ludzi w Malezji wyznaje Islam, w Singapurze - okolo 15%.
Czego mi brakuje z Wietnamu, to zielonej herbaty. Tu sie pije zazwyczaj chinska czarna herbate z cytryna i lodem lub cacao tzw. Milo (z Tajlandii) oraz soki. Herbata zielona nie jest tu niestety popularna. Dobrze, ze kupilam w Wietnamie kilka paczek... nie na darmo moj plecak wazy 19,9 kg ;) (sprawdzone na lotnisku :)
Malezyjska walute - ringgit mozna spokojnie przyrownac do zlotego (1 PLN to 0,98 MYR). Ceny wygladaja roznie, czasem bardziej czasem mniej zblizone do polskich ;). Jedzenie (rewelacyjne) od 4 ringgit w gore, kawa od 2 (3w1 lub lokalna kawa w torebkach (jak herbata)) do 5-7 (porzadna dobra kawa z ekspresu) herbata okolo 2, soki - od 3 ringgit. Cena zalezy tez od tego czy napoj jest goracy czy z lodem (drozszy). Autobusy tez roznie od 12 ringgit (Johor B. - Mercing okolo 180 km), 19 (Johor B. - Melaka ok. 235 km) itd... bo cen zalezy oczywiscie od odleglosci. Pokoje w hotelach: od 35 ringgit (maly pokoj bez tv i toalety (dzielona), wifi jest (kiepsciutkie) albo w ogole nie. Srednio to 60 - 90 to juz w miare ok, reszta wiadomo duzo drozej... W porownaniu z hotelami w Wietnamie Malezja wychodzi kiepsko... Wiekszosc kosztowala 12 $ i byla jak za ta cene porzadna, a za 21 $ to mielismy naprawde pelen wypas, tu... czasem wchodzisz do pokoju i Cie z miejsca zaduch cofa, a pokoj kosztuje 65 ringgit... :(( Bilety do kina 8-10 ringgit. Taksowki sa drogie jak w Warszawie i wsrod lokalnych 'taksiarze' maja kiepska reputacje. Np. 6 km z dworca do miasta za 'teksi' trzeba zabulic 20-25 ringgit, a mini bus (prywatne firmy) bierze 1 ringgit. Na niektorych dworcach autobusowych lub lotniskach sa punkty taksowek i kupuje sie 'bilet' na taksowke. Bilety te maja ustalone ceny (w zaleznosci od czesci miasta, gdzie chcesz jechac) i wychodzi taniej niz jak sie wyjdzie z dworca i zlapie takse na ulicy... przedtem, od Tajlandii po Wietnam bylo dokladnie odwrotnie :)
Z Johor Bahru pojechalismy do Mercing - malego miasteczka portowego na wschodnim wybrzezu (2,5h autobusem). Z reguly ludzie przyjezdzaja do Mercing, zeby dalej plynac na kilka wysp niedaleko i ponurkowac, my przyjechalismy troche poleniuchowac. Zajelismy sie tam malutkim kociakiem. Biedny futrzak - same kosci, chucherko, ledwo chodzil. Wzielismy do hotelu, karmilismy. Slodziak drugiego dnia juz zaczal ganiac i sie bawic. Po jednej nauczce z sikaniem na podloge nauczyl sie isc do lazienki. Taki madrala. Nie moglismy go niestety ze soba zabrac :((( (sprawdzilismy linie lotnicze... futerkowcom zakaz wstepu), wiec odstawilismy na to samo miejsce. Jego mama juz na niego czekala :)). Dobrze sie skonczylo. Jak go znalezlismy blakal sie sam, chudziutki, myslelismy ze nie ma nikogo :))
c.d.n.
Od razu poczulismy roznice (po Wietnamie). Ludzie sa przyjazni, albo sie usmiechaja (czesto) albo nie zwracaja uwagi - ale sie nie gapia i nie wytykaja palcami. Jest duzo imigrantow, wiec pewnie dlatego... Spoty reklamowe przedstawiaja Malezje w regionie jako 'Truly Asia' (czyli prawdziwa Azja)... wlasnie ze wzgledu na ten kulturowy mix. Po raz pierwszy w naszej podrozy widzimy tez czesto kobiety w hidzabie (odslaniajaca twarz husta noszona na glowie przez muzulmanki). Przy czym czesciej w Malezji niz w Singapurze. Okolo 60% ludzi w Malezji wyznaje Islam, w Singapurze - okolo 15%.
Czego mi brakuje z Wietnamu, to zielonej herbaty. Tu sie pije zazwyczaj chinska czarna herbate z cytryna i lodem lub cacao tzw. Milo (z Tajlandii) oraz soki. Herbata zielona nie jest tu niestety popularna. Dobrze, ze kupilam w Wietnamie kilka paczek... nie na darmo moj plecak wazy 19,9 kg ;) (sprawdzone na lotnisku :)
Malezyjska walute - ringgit mozna spokojnie przyrownac do zlotego (1 PLN to 0,98 MYR). Ceny wygladaja roznie, czasem bardziej czasem mniej zblizone do polskich ;). Jedzenie (rewelacyjne) od 4 ringgit w gore, kawa od 2 (3w1 lub lokalna kawa w torebkach (jak herbata)) do 5-7 (porzadna dobra kawa z ekspresu) herbata okolo 2, soki - od 3 ringgit. Cena zalezy tez od tego czy napoj jest goracy czy z lodem (drozszy). Autobusy tez roznie od 12 ringgit (Johor B. - Mercing okolo 180 km), 19 (Johor B. - Melaka ok. 235 km) itd... bo cen zalezy oczywiscie od odleglosci. Pokoje w hotelach: od 35 ringgit (maly pokoj bez tv i toalety (dzielona), wifi jest (kiepsciutkie) albo w ogole nie. Srednio to 60 - 90 to juz w miare ok, reszta wiadomo duzo drozej... W porownaniu z hotelami w Wietnamie Malezja wychodzi kiepsko... Wiekszosc kosztowala 12 $ i byla jak za ta cene porzadna, a za 21 $ to mielismy naprawde pelen wypas, tu... czasem wchodzisz do pokoju i Cie z miejsca zaduch cofa, a pokoj kosztuje 65 ringgit... :(( Bilety do kina 8-10 ringgit. Taksowki sa drogie jak w Warszawie i wsrod lokalnych 'taksiarze' maja kiepska reputacje. Np. 6 km z dworca do miasta za 'teksi' trzeba zabulic 20-25 ringgit, a mini bus (prywatne firmy) bierze 1 ringgit. Na niektorych dworcach autobusowych lub lotniskach sa punkty taksowek i kupuje sie 'bilet' na taksowke. Bilety te maja ustalone ceny (w zaleznosci od czesci miasta, gdzie chcesz jechac) i wychodzi taniej niz jak sie wyjdzie z dworca i zlapie takse na ulicy... przedtem, od Tajlandii po Wietnam bylo dokladnie odwrotnie :)
Z Johor Bahru pojechalismy do Mercing - malego miasteczka portowego na wschodnim wybrzezu (2,5h autobusem). Z reguly ludzie przyjezdzaja do Mercing, zeby dalej plynac na kilka wysp niedaleko i ponurkowac, my przyjechalismy troche poleniuchowac. Zajelismy sie tam malutkim kociakiem. Biedny futrzak - same kosci, chucherko, ledwo chodzil. Wzielismy do hotelu, karmilismy. Slodziak drugiego dnia juz zaczal ganiac i sie bawic. Po jednej nauczce z sikaniem na podloge nauczyl sie isc do lazienki. Taki madrala. Nie moglismy go niestety ze soba zabrac :((( (sprawdzilismy linie lotnicze... futerkowcom zakaz wstepu), wiec odstawilismy na to samo miejsce. Jego mama juz na niego czekala :)). Dobrze sie skonczylo. Jak go znalezlismy blakal sie sam, chudziutki, myslelismy ze nie ma nikogo :))
c.d.n.
Abonnieren
Posts (Atom)