Uf tym razem troche sie zagalopowalam z ta cisza w eterze, ale tez jakos wiele sie nie dzialo... A zatem... podroz z Maumere do Yogyakarty wymeczyla mnie strasznie, ale tak na zasadzie kaca - dopiero na drugi dzien po... Podroz rozpoczelismy o 6tej rano, a dojechalismy na miejsce po 22giej. Niezle co?? O 6tej ruszylismy z hotelu na lotnisko. Lot rozpoczal sie o okolo 8mej. Po jakiejs godzinie do poltorej lotu zaliczylismy krotkie miedzyladowanie w Labuanbajo, czyli na zachodnim krancu Flores. Przy okazji moglismy zobaczyc jak sie tu wita gubernatora :)) Flores (przylecial z nami, albo moze my z nim) nalanego z lekka, starszego zadowolonego z zycia pana - muzyczka i piekne panie ;)... Na tym malutkim lotnisku spedzilismy okolo pol godziny, a nastepnie wystartowalismy w strone Dempasar, gdzie spedzilismy okolo 4 godzin czekajac na lot do Surabaya, a krotko po 3ciej popoludniu (juz po przestawieniu zegara o godzine do tylu) wyladowalismy w Surabaya, czyli na wschodniej Jawie i postanowilismy od razu udac sie dalej, zatem wzielismy taksowke na dworzec kolejowy i o 17:00 pociagiem o znajomej nazwie "Bima" udalismy sie do Yogyakarty. Poniewaz byl to jeden z najdrozszych ekspresowych pociagow, siedzenia byly bardzo wygodne, dostalismy tez koce, poduszki oraz herbate (za ktora pozniej sie okazalo trzeba bylo zaplacic, choc rozdawali tak jak to u nas w EC pociagach jakby byla w cenie biletu ;) W cenie biletu za to pogryzly mnie pluskwy i mialam przez caly lewy bok i troche na plecach strasznie swedzaca 'wysypke'... Cala podroz zleciala fajnie i szybko jakby to bylo tylko kilka godzin, ba nawet lepiej niz czasami, kiedy to sie strasznie nudzilam albo zle sie czulam, ale jak w koncu przybylismy do hotelu padlam po 15 minutach i generalnie kolejne 3 dni czulam jakies takie dziwne wymeczenie... w stylu wlasnie kaca ;) W "Jogji" jak wszyscy mowia na Yogyakarte, spedzilismy troche ponad 2 tygodnie (30.09 - 15.10), nie robiac nic specjalnego. Troszeczke czulismy sie zmeczeni zwiedzaniem swiatyn, muzeow itd... i zeby zabic wyrzuty sumienia z tego powodu, powtarzalismy sobie, ze za "chwile" bedzie Kambodza, a tam sie jeszcze zdazymy nazwiedzac... Ktoregos dnia, chyba 04.10 wybralismy sie do Palacu Sultana, jednej z najwiekszych "atrakcji" miasta, ale ze ten dzien jest dniem wojska w Indonezji i po drodze natknelismy sie na obchody tegoz swieta, to w koncu nie dotarlismy do Palacu (nieopodal), ale ogladalismy parade roznych formacji wojskowych przez kilka godzin... bardzo fajna radosna impreza, mnostwo przystojnych facetow w roznokolorowych mundurach i beretach (nie, moherowych nie! :))
Do Palacu w koncu dotarlismy 11.10, ale jakos szalu nie robi i generalnie nie wyglada jak palac. Sklada sie z kilku niskich budynkow, do glownego turysci nie wchodza, bo Sultan tam mieszka, dwa lub trzy (tylko zadaszone) sa przeznaczone na orkiestre... w kilku jest muzeum, dawne zdjecia, jakies wazy, pamiatki (wiekszosc info niestety tylko w Bahasa).
Przechadzalam sie czesto glowna ulica miasta zwana Malioboro, miedzy drobnymi kramikami z pamiatkami, naszyjnikami, butami, ciuchami itd... Natomiast do kilku swiatyn poza miastem np Borobudur, Prambanan czy Ratu Boku zabraklo nam weny... 15.10 pociagiem ruszylismy do Jakarty, a 17.10 opuscilismy Jawe oraz Indonezje i polecielismy do Singapuru...
Freitag, 18. November 2011
Samstag, 15. Oktober 2011
Moni, Wodong i Maumere..
25.09 Na spokojnie tym razem, nie rano o 6 lub 7mej, ale ok 11tej wyruszylismy do Moni (56 km). W Moni spedzilismy dwa dni - bardzo 'stadnie' tym razem. Z Ende wyruszylismy z dzien wczesniej poznanym Konradem, w autobusie poznalismy Simona, wiec wyladowalismy w tym samym hotelu, a na obiedzie poznalismy Annie i Heike, a potem w poszukiwaniu kogos na wycieczke 'dobila' do nas 70-cioletnia Erika. Siedzielismy wiec wszyscy (Amerykanka, Wegierka, ja i 'kupa' Niemcow) do wieczora w restauracji (nie, nie przy piwie tym razem bo piwo tu kosztuje majatek - na nasze 14 zl!!! najtaniej piwo mozna kupic za ok 7 zl to i tak duzo! no nie??), a nastepnego ranka (26.09) o 5:00 wynajetym 'bemo' (lokalny minibus) ruszylismy zobaczyc wulkan Kelimutu oraz pobliskie wulkaniczne jeziora. Po wyjsciu z minibusu, tylko 20 minut zajelo nam wejscie na punkt widokowy z ktorego mozna obserwowac jeziora wulkaniczne oraz wschod slonca. Byla mgla, a potem faktycznie slonce pare razy sie ukazalo, ale nie byl to raczej idealny na to dzien... Pozniej przyplatalo sie stado makakow i lypaly tylko oczami skad tu i od kogo dostac jedzenie.
W poblizu Kelimutu (1640m) sa trzy jeziora: 'czarne', 'turkusowe' (te widac z tarasu) i dalej przy trakcie 'brazowe'. W kazdej porze roku zmieniaja zabarwienie (a nawet z miesiaca na miesiac) i jest lista kolorow jakie kazde z nich przybieralo w kazdym miesiacu az od 2005. Naprawde imponujace jak duzo jest kolorow i odcieni.
Potem 4 lub 5 godzin wracalismy pieszo do Moni, po drodze rozmawiajac z Erika i sluchajac jej opowiesci, bowiem okazalo sie ze podrozowala duzo w zyciu (ma tez 3 albo nawet 4 paszporty, choc nigdy nie byla zamezna!!), a obecna podroz zaczela w 2004 :)))
Z Moni tez nie spieszac sie specjalnie ruszylismy (27.09) do Maumere i dalej do Wodong. Wodong to mala wioska lezaca nad Morzem Flores- kilka domow oraz kilka guest house'ow jak nasz,... Zadbane, czyste bungalows - do tej pory, zdecydowanie najlepsza ich wersja... Piekna plaza, piekne morze i prawie zywej duszy oprocz kilku rybakow i dzieci zarzucajacych sieci i probujacych cos w nie zlapac... Cisza spokoj... Mozna snorklowac i nurkowac. W poblizu znajduje sie nawet japonski statek, ktory zatonal podczas wojny i jeszcze do niedawna przy snorklowaniu mozna go bylo dojrzec, ale teraz ponoc sie 'zeslizgnal' dalej po dnie i widac go juz tylko przy nurkowaniu...
Zatem odpoczelismy troche w Wodong - leniwe dni.. zero internetu, zero telewizora...
30.09 wyruszylismy z Maumere na wyspe Jawe... ale to juz inna historia..
W poblizu Kelimutu (1640m) sa trzy jeziora: 'czarne', 'turkusowe' (te widac z tarasu) i dalej przy trakcie 'brazowe'. W kazdej porze roku zmieniaja zabarwienie (a nawet z miesiaca na miesiac) i jest lista kolorow jakie kazde z nich przybieralo w kazdym miesiacu az od 2005. Naprawde imponujace jak duzo jest kolorow i odcieni.
Potem 4 lub 5 godzin wracalismy pieszo do Moni, po drodze rozmawiajac z Erika i sluchajac jej opowiesci, bowiem okazalo sie ze podrozowala duzo w zyciu (ma tez 3 albo nawet 4 paszporty, choc nigdy nie byla zamezna!!), a obecna podroz zaczela w 2004 :)))
Z Moni tez nie spieszac sie specjalnie ruszylismy (27.09) do Maumere i dalej do Wodong. Wodong to mala wioska lezaca nad Morzem Flores- kilka domow oraz kilka guest house'ow jak nasz,... Zadbane, czyste bungalows - do tej pory, zdecydowanie najlepsza ich wersja... Piekna plaza, piekne morze i prawie zywej duszy oprocz kilku rybakow i dzieci zarzucajacych sieci i probujacych cos w nie zlapac... Cisza spokoj... Mozna snorklowac i nurkowac. W poblizu znajduje sie nawet japonski statek, ktory zatonal podczas wojny i jeszcze do niedawna przy snorklowaniu mozna go bylo dojrzec, ale teraz ponoc sie 'zeslizgnal' dalej po dnie i widac go juz tylko przy nurkowaniu...
Zatem odpoczelismy troche w Wodong - leniwe dni.. zero internetu, zero telewizora...
30.09 wyruszylismy z Maumere na wyspe Jawe... ale to juz inna historia..
Samstag, 8. Oktober 2011
Riung, Park Morski 17 wysp oraz Ende...
20.09 Wyruszylismy do Riung - malej rybackiej wioski 'wydartej' lasom mangrowym. Droga-masakra, najgorsza ze wszystkich, ale to dlatego ze ta mala wioska z malym portem nie jest po 'drodze' do zadnego miasta oraz niewielu tu 'zaglada', wiec nikt sie o droge nie troszczy. Zero turystow.
Co ciekawe!! Prad zawital to dopiero 15 lat temu i wlaczany jest o 18 wylaczany o 6 nastepnego dzionka...
Czasem sobie mysle, ze tak powinno byc tez z telewizja w Polsce, przerwa w nadawaniu programow od rana do wieczora (bez tych oper mydlanych w stylu M jak... masakra - ale to byloby za piekne!!)...
Gdzie to ja bylam... a no wlasnie cisza i spokoj, my jako jedyni goscie w hotelu. Sniadania najwieksze jakie do tej pory w Indonezji dostalismy. Najczesciej jest to jeden maly nalesnik z plasterkami banana lub omlet lub kanapka plus kawa lub herbata. Tu dostalismy po dwa nalesniki z bananem i to duze, po jednym smazonym jaju na osobe oraz duzy talerz pokrojonej papaji :))
Druga ciekawostka, w samej wiosce lub okolicach Riung mieszkalo do niedawna trzech polskich ksiezy, teraz w podeszlym wieku. Jeden zmarl 3 lata temu, drugi mieszka w swoim domku i nigdzie dalej sie nie rusza, a trzeci... ma hotel nieopodal tego w ktorym sie zatrzymalismy... jak to 'zarzadca' naszego hotelu powiedzial... dlugo byl ksiedzem, a teraz ma biznes ...
Zostalismy tu cztery dni. Jeden 'poswiecilismy' na podroz po 'Parku Morskim 17 wysp' ('17 Pulau'), ale to tylko nazwa, ktora nawiazuje do dnia 17.08 - dnia niepodleglosci Indonezji. Wysp jest 21.
Lokalni 'kapitanowie' czy moze raczej wlasciciele lodzi oferuja jedynie wyprawy do trzech z nich (pol dnia). Najpierw jest Ontoloe. Na drzewach mangrowych porastajacych brzegi tej wyspy zagniezdzily sie wspomniane juz raz przeze mnie przy okazji Komodo 'pteropusy' ('flying foxes'). Naprawde cale ich mnostwo, czasem przy zachodzie slonca niebo nad Riung jest az czarne, jak nagle wszystkie poderwa sie do lotu...
Kolejna byla wyspa Rutung (na zdjeciu) - rajska wyspa z prawdziwego zdarzenia, przy ktorej posnorkowalismy, a potem na niej zjedlismy obiad. Na koncu byla Pulau Tiga (tiga znaczy trzy). Tu snorkeling byl niesamowity. Pelno najrozniejszych ksztaltow i kolorow korali, doslownie na wyciagniecie reki z pieknymi, kolorowymi i egzotycznymi - malymi i duzymi mieszkancami... Dwie 'rodziny' rybek 'clownfish' naprawde mnie rozbawilo. Wygladalo jakby jedna (czerwono-biale - jak w kreskowce o Nemo, oraz czarno-biale z zoltym dziubkiem) miala tylko jedno male, a druga tylko dwoje. A najsmieszniejsze - kiedy dotknelam ukwiala w ktorym ow rybki sie chowaly, ten sie wzial i zamknal w sobie, a te biedaki plywaly wokolo kompletnie zbite z tropu (co wlasciwie sie stalo...), ale twardo najwieksza z nich, kiedy zblizylam reke probowala w obronie mlodych mnie odstraszyc... slodziaki...
24.09 Z Riung wczesnym rankiem (6:00) wyruszylismy do Ende (5h). Ende jest strasznie 'rozwleklym' portowym miastem i wszedzie jest daleko. Zatrzymalismy sie w hotelu 'Safari' chociaz nijak sie to nie kojarzylo... Moze jak nagiac nazwe i wziac pod uwage te wszystkie stworzenia latajace, chodzace i pelzajace po scianach, podlodze i gdzie jeszcze to moze i nocne safari tu jest...
Do Ende dobilismy ok 11:00 zostalismy caly dzien i noc. I tak za dlugo...
Co ciekawe!! Prad zawital to dopiero 15 lat temu i wlaczany jest o 18 wylaczany o 6 nastepnego dzionka...
Czasem sobie mysle, ze tak powinno byc tez z telewizja w Polsce, przerwa w nadawaniu programow od rana do wieczora (bez tych oper mydlanych w stylu M jak... masakra - ale to byloby za piekne!!)...
Gdzie to ja bylam... a no wlasnie cisza i spokoj, my jako jedyni goscie w hotelu. Sniadania najwieksze jakie do tej pory w Indonezji dostalismy. Najczesciej jest to jeden maly nalesnik z plasterkami banana lub omlet lub kanapka plus kawa lub herbata. Tu dostalismy po dwa nalesniki z bananem i to duze, po jednym smazonym jaju na osobe oraz duzy talerz pokrojonej papaji :))
Druga ciekawostka, w samej wiosce lub okolicach Riung mieszkalo do niedawna trzech polskich ksiezy, teraz w podeszlym wieku. Jeden zmarl 3 lata temu, drugi mieszka w swoim domku i nigdzie dalej sie nie rusza, a trzeci... ma hotel nieopodal tego w ktorym sie zatrzymalismy... jak to 'zarzadca' naszego hotelu powiedzial... dlugo byl ksiedzem, a teraz ma biznes ...
Zostalismy tu cztery dni. Jeden 'poswiecilismy' na podroz po 'Parku Morskim 17 wysp' ('17 Pulau'), ale to tylko nazwa, ktora nawiazuje do dnia 17.08 - dnia niepodleglosci Indonezji. Wysp jest 21.
Lokalni 'kapitanowie' czy moze raczej wlasciciele lodzi oferuja jedynie wyprawy do trzech z nich (pol dnia). Najpierw jest Ontoloe. Na drzewach mangrowych porastajacych brzegi tej wyspy zagniezdzily sie wspomniane juz raz przeze mnie przy okazji Komodo 'pteropusy' ('flying foxes'). Naprawde cale ich mnostwo, czasem przy zachodzie slonca niebo nad Riung jest az czarne, jak nagle wszystkie poderwa sie do lotu...
Kolejna byla wyspa Rutung (na zdjeciu) - rajska wyspa z prawdziwego zdarzenia, przy ktorej posnorkowalismy, a potem na niej zjedlismy obiad. Na koncu byla Pulau Tiga (tiga znaczy trzy). Tu snorkeling byl niesamowity. Pelno najrozniejszych ksztaltow i kolorow korali, doslownie na wyciagniecie reki z pieknymi, kolorowymi i egzotycznymi - malymi i duzymi mieszkancami... Dwie 'rodziny' rybek 'clownfish' naprawde mnie rozbawilo. Wygladalo jakby jedna (czerwono-biale - jak w kreskowce o Nemo, oraz czarno-biale z zoltym dziubkiem) miala tylko jedno male, a druga tylko dwoje. A najsmieszniejsze - kiedy dotknelam ukwiala w ktorym ow rybki sie chowaly, ten sie wzial i zamknal w sobie, a te biedaki plywaly wokolo kompletnie zbite z tropu (co wlasciwie sie stalo...), ale twardo najwieksza z nich, kiedy zblizylam reke probowala w obronie mlodych mnie odstraszyc... slodziaki...
24.09 Z Riung wczesnym rankiem (6:00) wyruszylismy do Ende (5h). Ende jest strasznie 'rozwleklym' portowym miastem i wszedzie jest daleko. Zatrzymalismy sie w hotelu 'Safari' chociaz nijak sie to nie kojarzylo... Moze jak nagiac nazwe i wziac pod uwage te wszystkie stworzenia latajace, chodzace i pelzajace po scianach, podlodze i gdzie jeszcze to moze i nocne safari tu jest...
Do Ende dobilismy ok 11:00 zostalismy caly dzien i noc. I tak za dlugo...
Sonntag, 2. Oktober 2011
Bajawa..
18.09 wyruszylismy dalej do Bajawy. Droga zajela nam standardowo godzine dluzej niz powinna (5h), a w Bajawie, poniewaz lezy ona na wysokosci 1 100 m dnie sa chlodne, a noce bardzo zimne o czym brutalnie sie przekonalismy budzac sie w nocy mega zziebnieci... Hotele nas bardzo negatywnie zaskoczyly, bardzo sie cenia jak na strasznie liche warunki (niektore lacznie z grzybem na scianie, w ogole niewietrzone - bleh!!), na szczescie znalezlismy w miare zacne miejsce juz troche poza miastem, ale ten chlodny klimat - nie, nie chcielismy tu byc dluzej niz powinnismy. A dlaczego powinnismy?
Miasto lezy w pieknej okolicy - wiadomo gory, w miare blisko jest tez wulkan na ktory mozna sie wspiac
(3 dni). Wyglada on super.. jak egipska piramida, ale od strony Riung (pln.). Na wrzuconych zdjeciach jest z innej strony (pld.) i tak go juz niestety nie widac. A oprocz wulkanu, w poblizu Bajawy jest kilkanascie tradycyjnych wiosek ludzi Ngada (chrzescijanie, ale i animisci). Ngada to tez nazwa jednego z 5 rejonow na Flores.
Zatem nastepnego dnia (19.09) rankiem, wybralismy sie w podroz po wspomnianych bardzo starych, tradycyjnie budowanych tu wioskach. Najpierw byl taras widokowy 'Manu Lalu' skad widac jak na dloni wspomniany wulkan Gunung Inerie (2245m), pobliskie gory oraz kawalek wybrzeza i ocean...
Pierwsza odwiedzona przez nas tradycyjna wioska to Luba. Niektore chaty maja ok 500 lat. W wioskach tych zawsze budowane sa totemy - przypominajace ksztaltem malutkie 'chatki' w holdzie przodkom. Rozne ksztaltem dla kobiet - bhaga i mezczyzn - ngadhu (jeden przodek - jedna ''chatka''), ktorzy 'zalozyli' wioske oraz oltarze na ktorych skladane sa ofiary (zwierzeta). Czy to slub czy pogrzeb lub poczatek roku (tzw. Reba), zabija sie swinie, potem bawola i sklada w ofierze, a potem cala wioska griluje i ucztuje... Oczywiscie troche uproscilam sprawe, ale mniej wiecej to tak wyglada. Wiele jest roznych obrzedow oprocz wyzej wspomnianych np poswiecenie (krwia zwierzat) nowego domu przez wlascicielke. Bo warto wam wiedziec, ze o ile wszedzie na Flores to chlop jest 'glowa' rodziny, o tyle w Bajawie to kobieta rzadzi !!! :))
Obrzedy te dotycza takze innych wysp np niedaleko lezacej Sumby. Roznia sie od tych na Flores oczywiscie, ale generalnie cel jest taki sam - w waznej dla wioski lub rodziny chwili poswieca sie w holdzie przodkom zwierze, a potem przyrzadza sie mieso i cala wioska je...W wioskach takze obowiazuje system kastowy (3 kasty - podobnie jest na Bali), starszyzna ponoc bardzo pilnuje, zeby nie bylo 'mieszanych' - niedozwolonych zwiazkow, za co grozi nawet smierc.
Druga wioska - Bena - wieksza, bardzo ladnie wkomponowuje sie w otoczenie. Na pierwszy rzut widac, ze miala wiecej przodkow. Oltarze na ofiary tez robia wrazenie. W glebi wioski jest takze oltarz z Matka Boska, a za nim taras z pieknym widokiem na doline.
W pierwszych dwoch wymienionych, najczesciej odwiedzanych przez turystow wioskach mozna kupic tez tradycyjnie tkane rzeczy - ikat' y. A oplata za wstep do wioski to: darowizna, nie bilet. Jak w urzedzie ;) wpisujesz sie do ksiegi, piszesz skad jestes, ile podarowala(e)s. Pieniadze wspieraja cala wioske.
Do trzeciej wioski - Jerebuu zaprowadzily nas bardzo strome schody. Ta wioska ma 'tylko' dwie pary przodkow i nie jest tak okazala jak poprzednie, ale za to bardzo tu spokojnie, a ta cisza dziala kojaco. Wyrabiany jest tu tradycyjna metoda - olej kokosowy, rosna tu tez najrozniejsze owoce: mango, awokado, ananasy, po podworku lataja kurczaki, i prosiaczki. Wioska wiec jest w miare samowystarczalna ;))
Oczywiscie tradycyjne, stare wioski to nie znaczy, ze mieszkancy zyja doslownie tak jak od wiekow. Dzieci chodza do szkol, niektore wioski maja prad i inne dostepne w naszym wieku wynalazki.
A po wioskach pojechalismy do 'goracych zrodel' Malanage. W praktyce rzeka splywajaca z gor - lodowata, druga wyplywajaca z ich wnetrza mega goraca - zlewaja sie w jedna. Co jest mega fajne to to, ze tak jak plyna, jedna strona jest lodowata druga goraca, wiec jak za... goraco / zimno, zmieniasz miejsce czasem o pare cm i juz masz to co potrzebujesz ;)) Relaksowalismy sie chyba ze dwie godziny. Super kojaco dziala na bole miesni...
No, ale potem musielismy wrocic na motorach po masakrycznie wyboistej lokalnej drodze, wiec bol miesni wrocil :(((
Miasto lezy w pieknej okolicy - wiadomo gory, w miare blisko jest tez wulkan na ktory mozna sie wspiac
(3 dni). Wyglada on super.. jak egipska piramida, ale od strony Riung (pln.). Na wrzuconych zdjeciach jest z innej strony (pld.) i tak go juz niestety nie widac. A oprocz wulkanu, w poblizu Bajawy jest kilkanascie tradycyjnych wiosek ludzi Ngada (chrzescijanie, ale i animisci). Ngada to tez nazwa jednego z 5 rejonow na Flores.
Zatem nastepnego dnia (19.09) rankiem, wybralismy sie w podroz po wspomnianych bardzo starych, tradycyjnie budowanych tu wioskach. Najpierw byl taras widokowy 'Manu Lalu' skad widac jak na dloni wspomniany wulkan Gunung Inerie (2245m), pobliskie gory oraz kawalek wybrzeza i ocean...
Pierwsza odwiedzona przez nas tradycyjna wioska to Luba. Niektore chaty maja ok 500 lat. W wioskach tych zawsze budowane sa totemy - przypominajace ksztaltem malutkie 'chatki' w holdzie przodkom. Rozne ksztaltem dla kobiet - bhaga i mezczyzn - ngadhu (jeden przodek - jedna ''chatka''), ktorzy 'zalozyli' wioske oraz oltarze na ktorych skladane sa ofiary (zwierzeta). Czy to slub czy pogrzeb lub poczatek roku (tzw. Reba), zabija sie swinie, potem bawola i sklada w ofierze, a potem cala wioska griluje i ucztuje... Oczywiscie troche uproscilam sprawe, ale mniej wiecej to tak wyglada. Wiele jest roznych obrzedow oprocz wyzej wspomnianych np poswiecenie (krwia zwierzat) nowego domu przez wlascicielke. Bo warto wam wiedziec, ze o ile wszedzie na Flores to chlop jest 'glowa' rodziny, o tyle w Bajawie to kobieta rzadzi !!! :))
Obrzedy te dotycza takze innych wysp np niedaleko lezacej Sumby. Roznia sie od tych na Flores oczywiscie, ale generalnie cel jest taki sam - w waznej dla wioski lub rodziny chwili poswieca sie w holdzie przodkom zwierze, a potem przyrzadza sie mieso i cala wioska je...W wioskach takze obowiazuje system kastowy (3 kasty - podobnie jest na Bali), starszyzna ponoc bardzo pilnuje, zeby nie bylo 'mieszanych' - niedozwolonych zwiazkow, za co grozi nawet smierc.
Druga wioska - Bena - wieksza, bardzo ladnie wkomponowuje sie w otoczenie. Na pierwszy rzut widac, ze miala wiecej przodkow. Oltarze na ofiary tez robia wrazenie. W glebi wioski jest takze oltarz z Matka Boska, a za nim taras z pieknym widokiem na doline.
W pierwszych dwoch wymienionych, najczesciej odwiedzanych przez turystow wioskach mozna kupic tez tradycyjnie tkane rzeczy - ikat' y. A oplata za wstep do wioski to: darowizna, nie bilet. Jak w urzedzie ;) wpisujesz sie do ksiegi, piszesz skad jestes, ile podarowala(e)s. Pieniadze wspieraja cala wioske.
Do trzeciej wioski - Jerebuu zaprowadzily nas bardzo strome schody. Ta wioska ma 'tylko' dwie pary przodkow i nie jest tak okazala jak poprzednie, ale za to bardzo tu spokojnie, a ta cisza dziala kojaco. Wyrabiany jest tu tradycyjna metoda - olej kokosowy, rosna tu tez najrozniejsze owoce: mango, awokado, ananasy, po podworku lataja kurczaki, i prosiaczki. Wioska wiec jest w miare samowystarczalna ;))
Oczywiscie tradycyjne, stare wioski to nie znaczy, ze mieszkancy zyja doslownie tak jak od wiekow. Dzieci chodza do szkol, niektore wioski maja prad i inne dostepne w naszym wieku wynalazki.
A po wioskach pojechalismy do 'goracych zrodel' Malanage. W praktyce rzeka splywajaca z gor - lodowata, druga wyplywajaca z ich wnetrza mega goraca - zlewaja sie w jedna. Co jest mega fajne to to, ze tak jak plyna, jedna strona jest lodowata druga goraca, wiec jak za... goraco / zimno, zmieniasz miejsce czasem o pare cm i juz masz to co potrzebujesz ;)) Relaksowalismy sie chyba ze dwie godziny. Super kojaco dziala na bole miesni...
No, ale potem musielismy wrocic na motorach po masakrycznie wyboistej lokalnej drodze, wiec bol miesni wrocil :(((
Flores (Ruteng) Hobbit i Spolka
A tak krotko o Flores.
Podobno dawno, dawno temu zyl tu sobie maly czlowieczek, ktorego szkielet niedawno 'odkopano' w jednej z jaskin blisko Ruteng i nazwano sympatycznie 'Hobbit'. Pierwsi ''turysci'' z Europy, przybyli w 1512 i zadomowili sie w okolicach miasta Ende. Chrzescijanstwo przybylo tu 'tak przy okazji' i ma sie tu najlepiej w Indonezji (na Flores 85% ludzi to katolicy). Na wyspie zyje okolo 1,8 miliona ludzi, ktorzy podzieleni sa lingwistycznie, kulturowo (i regionalnie) na 5 glownych grup. Pomimo przyjecia wiary chrzescijanskiej, zachowal sie tu dawny, mozna powiedziec 'poganski' zwyczaj - opowiem nieco potem. Turystuczny boom przezywa wspomniane juz Labuhan Bajo. Reszta wyspy im bardziej na wschod, tym mniej 'tlumnie' odwiedzana. A wyspa jest przepiekna, bardzo gorzysta. Jest kilka wulkanow, piekne plaze i niezbyt dobre drogi... I bardzo, bardzo kiepsko z internetem.
W piatek 16.09 lokalnym autobusem (teoretycznie 4h, w praktyce 5) przejechalismy wglab wyspy do miasta Ruteng. Droga do Ruteng powoli wije sie w gore. Zakrety i gory gwarantuja lekki bol glowy, ale widoki sa zacne. Wczesnym wieczorem mozna juz poczuc chlod. Zatrzymalismy sie u siostr zakonnych. Najdrozsze, ale i najlepsze miejsce w miescie - bez watpienia. Cisza, bardzo mila atmosfera, zadbane i czyste pokoje i tylko zatluklabym te koguty co pialy juz o 3-ciej nad ranem. W sercu miasta jest boisko oraz komisariat policji, dalej nieco chaotyczny i zaniedbany market... Miasto nie jest ciekawe i wieje nuda, ale tu nie przyjezdza sie dla miasta. Okoliczne wioski, zapierajace dech widoki na doliny i na piekne kaskadowo lezace pola ryzowe, wodospady oraz wspomniana jaskinia, w ktorej znaleziono 'hobbita' to glowny powod przyjazdu turystow.
Podroz motocyklem (17.09) zaczelismy od widoku wspomnianych, jak okiem siegnac, tarasow pol ryzowych tuz za miastem, a potem obralismy droge 'na jaskinie'.
W okolicach Ruteng 'od zawsze' krazyly legendy o malych owlosionych ludzikach o plaskich czolach zwanych ebo gogo. Odkrycia dokonano w gorach wapiennych w jednej z jaskin - Liang Bua (14 km od Ruteng) w 2003 roku, na glebokosci ok 8 m. Odkryto szkielet na oko trzyletniego 'dziecka' (okolo metra wysokosci), ktory okazal sie szkieletem doroslego czlowieka. Potwierdzono, ze jest to nowy gatunek czlowieka i nazwano dzwiecznie Homo Floresiensis, a potocznie Hobbit. Zyl on sobie na Flores do momentu erupcji wulkanu okolo 12 000 lat temu ktora ponoc zmiotla wszystko i zdewastowala totalnie wyspe.
Dwa metry dalej, w kolejnym wykopie, znaleziono szczatki szkieletow gigantycznego szczura i karlowatego slonia (Stegodona). W jaskini praktycznie niewiele jest do zobaczenia, archeolodzy dwa dni wczesniej wrocili do swoich krajow, na miejscu ekipa zasypywala wykop, ale ja bynajmniej chcialam poczuc atmosfere tego miejsca. Przyjemny chlod, ale w przeciwienstwie do tych, ktore widzielismy wczesniej (np. w Laosie) tu widac grube warstwy wieloletnich naciekow wody. Dlatego naukowcy stwierdzili; ze wlasnie przez te kolejne warstwy stale odkladanych osadow przenoszonych przez plynaca tu cale tysiaclecia wode; we wnetrzu sa idealne warunki na zachowanie sie pozostalosci organizmow, gdy przyszlo im zakonczyc tu zywot, lub zostaly tu pochowane.
Dodac do tego smoka z Komodo i mamy gigantyzm i karlowatosc 'przeplatajace' sie ze soba na wyspach Indonezji... Bardzo to wszystko ciekawe i zastanawiajace prawda??
Podobno dawno, dawno temu zyl tu sobie maly czlowieczek, ktorego szkielet niedawno 'odkopano' w jednej z jaskin blisko Ruteng i nazwano sympatycznie 'Hobbit'. Pierwsi ''turysci'' z Europy, przybyli w 1512 i zadomowili sie w okolicach miasta Ende. Chrzescijanstwo przybylo tu 'tak przy okazji' i ma sie tu najlepiej w Indonezji (na Flores 85% ludzi to katolicy). Na wyspie zyje okolo 1,8 miliona ludzi, ktorzy podzieleni sa lingwistycznie, kulturowo (i regionalnie) na 5 glownych grup. Pomimo przyjecia wiary chrzescijanskiej, zachowal sie tu dawny, mozna powiedziec 'poganski' zwyczaj - opowiem nieco potem. Turystuczny boom przezywa wspomniane juz Labuhan Bajo. Reszta wyspy im bardziej na wschod, tym mniej 'tlumnie' odwiedzana. A wyspa jest przepiekna, bardzo gorzysta. Jest kilka wulkanow, piekne plaze i niezbyt dobre drogi... I bardzo, bardzo kiepsko z internetem.
W piatek 16.09 lokalnym autobusem (teoretycznie 4h, w praktyce 5) przejechalismy wglab wyspy do miasta Ruteng. Droga do Ruteng powoli wije sie w gore. Zakrety i gory gwarantuja lekki bol glowy, ale widoki sa zacne. Wczesnym wieczorem mozna juz poczuc chlod. Zatrzymalismy sie u siostr zakonnych. Najdrozsze, ale i najlepsze miejsce w miescie - bez watpienia. Cisza, bardzo mila atmosfera, zadbane i czyste pokoje i tylko zatluklabym te koguty co pialy juz o 3-ciej nad ranem. W sercu miasta jest boisko oraz komisariat policji, dalej nieco chaotyczny i zaniedbany market... Miasto nie jest ciekawe i wieje nuda, ale tu nie przyjezdza sie dla miasta. Okoliczne wioski, zapierajace dech widoki na doliny i na piekne kaskadowo lezace pola ryzowe, wodospady oraz wspomniana jaskinia, w ktorej znaleziono 'hobbita' to glowny powod przyjazdu turystow.
Podroz motocyklem (17.09) zaczelismy od widoku wspomnianych, jak okiem siegnac, tarasow pol ryzowych tuz za miastem, a potem obralismy droge 'na jaskinie'.
W okolicach Ruteng 'od zawsze' krazyly legendy o malych owlosionych ludzikach o plaskich czolach zwanych ebo gogo. Odkrycia dokonano w gorach wapiennych w jednej z jaskin - Liang Bua (14 km od Ruteng) w 2003 roku, na glebokosci ok 8 m. Odkryto szkielet na oko trzyletniego 'dziecka' (okolo metra wysokosci), ktory okazal sie szkieletem doroslego czlowieka. Potwierdzono, ze jest to nowy gatunek czlowieka i nazwano dzwiecznie Homo Floresiensis, a potocznie Hobbit. Zyl on sobie na Flores do momentu erupcji wulkanu okolo 12 000 lat temu ktora ponoc zmiotla wszystko i zdewastowala totalnie wyspe.
Dwa metry dalej, w kolejnym wykopie, znaleziono szczatki szkieletow gigantycznego szczura i karlowatego slonia (Stegodona). W jaskini praktycznie niewiele jest do zobaczenia, archeolodzy dwa dni wczesniej wrocili do swoich krajow, na miejscu ekipa zasypywala wykop, ale ja bynajmniej chcialam poczuc atmosfere tego miejsca. Przyjemny chlod, ale w przeciwienstwie do tych, ktore widzielismy wczesniej (np. w Laosie) tu widac grube warstwy wieloletnich naciekow wody. Dlatego naukowcy stwierdzili; ze wlasnie przez te kolejne warstwy stale odkladanych osadow przenoszonych przez plynaca tu cale tysiaclecia wode; we wnetrzu sa idealne warunki na zachowanie sie pozostalosci organizmow, gdy przyszlo im zakonczyc tu zywot, lub zostaly tu pochowane.
Dodac do tego smoka z Komodo i mamy gigantyzm i karlowatosc 'przeplatajace' sie ze soba na wyspach Indonezji... Bardzo to wszystko ciekawe i zastanawiajace prawda??
Donnerstag, 15. September 2011
Komodo i Rinca cd.
Drugiego dnia (13.09) po sniadaniu, juz o 7:00 dobilismy do Komodo. Komodo jest wieksza i jak juz pisalam nie taka goraca jak Rinca, zdecydowanie bardziej zielona, zatem i warany maja wiecej okazji zeby sie ukryc... Poza tym warany na Komodo sa najwieksze. Na necie pisza, ze warany dozywaja 30 lat, podczas gdy Park Narodowy Komodo utrzymuje, ze jest to wiek 50ciu lat. Kilka przez nas spotkanych mialo ponoc (wg przewodnika) ok 30-35 lat.
Po raz kolejny wybralismy 2-godzinny marsz. Juz na poczatku trasy przy strumieniu, spotkalismy te wspomniane 30latki. Wokolo spacerowaly spokojnie jelenie. Warany sa aktywne w dzien, zwlaszcza kiedy jest duzo slonca (zmiennocieplne). Na poczatku tylko lezaly, jeden z przewodnikow - dla nas - 'turystow' zaczal rzucac w nie galeziami, zeby sie 'obudzily', wtedy sie podniosly i troche go pogonily... :))) a przy tym tez 'posyczaly' nie wiem czy chcialy walczyc, czy nas odstraszyc... ale ten syk jest dosc zlowrogi i przerazajacy...
Spotkalismy po drodze tez kilka mlodszych osobnikow, oraz jelenie i stado dzikow. Malp i dzikich koni na Komodo nie ma (jedynie na Rinca). Co ciekawe jak twierdza przewodnicy, nie ma tez komarow :))
Wspielismy sie na dosc wysokie wzgorze z pieknym widokiem na cala wyspe. A!!! I po drodze na chwile zatrzymalismy sie przy starej platformie, z ktorej kiedys warany karmiono.
Ofiary waranow byly i pewnie jeszcze beda. Choc zrodla mowia, ze warany unikaja czlowieka, to tak sobie mysle, ze jak sa mega glodne a okazja sprzyja, bo zaczaja sie od tylu, to pewnie i ja wykorzystaja. Wtedy najczesciej ugryza w noge, albo doslownie swoim ogonem 'powalaja' kogos z nog i atakuja gardlo. Wygladaja co prawda topornie i ciezko, ale jak przyjdzie do polowania, biegna baaaardzo szybko...
Mieszkancy wysp nigdy nie polowali na warany. Wierza w legende wg ktorej warany sa ich siostrami i bracmi, dlatego tez warany nie mialy nigdy duzo wrogow. Gorzej maja mlode, ktore czesto padaja ofiara tych 10-15 letnich najbardziej agresywnych osobnikow. Warany sa kanibalami, dlatego do 3 roku zycia mlode 'smoczki' zyja... na drzewach :))
Najbardziej znanym turysta, ktory padl ofiara waranow jest Baron Rudolph von Redding w 1974. W dolinie jest pomnik - bialy krzyz ku jego pamieci. Przewodnicy mowia, ze odlaczyl sie od grupy i poszedl nieco z boku, zeby zrobic lepsze zdjecia, a jeden zaatakowal od tylu, powalil go i ugryzl w gardlo (tak robia zeby ofiara nie mogla krzyczec 'na pomoc'). No i znaleziono tylko aparat fot. okulary i buty. Na necie sa troche inne wersje, ze spadl gdzies i krwawil z kolana (warany maja super wech), ale nie chcial zeby czekali, wiec reszta poszla dalej... W kazdym razie nieciekawa historia...
Gdy opuszczalismy wyspe mlody kolorowy, pewnie w wieku okolo 6-8 lat osobnik, przecial nam droge i 'odprowadzil' nas ok 100 m w strone naszej lodzi. Milo z jego strony... :))
Potem poplynelismy w rejon gdzie jest mnostwo mant (plaszczek) i widzielism cale mnostwo z lodzi. Niektore naprawde duze. Posnorkowalismy tam, ale z bliska pod woda zadnej juz nie widzielismy. Potem w drodze powrotnej byl snorkeling w poblizu wyspy Angel Island, juz blisko Flores. Piekna mala wyspa z biala plaza. W wodzie duzo paskudnych meduz i sporo roznych korali... Na wyspie jest tez hotel - Resort, cene w granicach 100 euro za noc.
To tyle z Komodo... :) i Labuhan bajo na Flores... miasteczko (portowe) jest bardzo turystyczne nie tylko ze wzgledu na wycieczki na Komodo i Rinca, ale takze na cale mnostwo miejsc do nurkawania.
Jutro ruszamy w glab wyspy. Na wschod, do Ruteng...
Po raz kolejny wybralismy 2-godzinny marsz. Juz na poczatku trasy przy strumieniu, spotkalismy te wspomniane 30latki. Wokolo spacerowaly spokojnie jelenie. Warany sa aktywne w dzien, zwlaszcza kiedy jest duzo slonca (zmiennocieplne). Na poczatku tylko lezaly, jeden z przewodnikow - dla nas - 'turystow' zaczal rzucac w nie galeziami, zeby sie 'obudzily', wtedy sie podniosly i troche go pogonily... :))) a przy tym tez 'posyczaly' nie wiem czy chcialy walczyc, czy nas odstraszyc... ale ten syk jest dosc zlowrogi i przerazajacy...
Spotkalismy po drodze tez kilka mlodszych osobnikow, oraz jelenie i stado dzikow. Malp i dzikich koni na Komodo nie ma (jedynie na Rinca). Co ciekawe jak twierdza przewodnicy, nie ma tez komarow :))
Wspielismy sie na dosc wysokie wzgorze z pieknym widokiem na cala wyspe. A!!! I po drodze na chwile zatrzymalismy sie przy starej platformie, z ktorej kiedys warany karmiono.
Ofiary waranow byly i pewnie jeszcze beda. Choc zrodla mowia, ze warany unikaja czlowieka, to tak sobie mysle, ze jak sa mega glodne a okazja sprzyja, bo zaczaja sie od tylu, to pewnie i ja wykorzystaja. Wtedy najczesciej ugryza w noge, albo doslownie swoim ogonem 'powalaja' kogos z nog i atakuja gardlo. Wygladaja co prawda topornie i ciezko, ale jak przyjdzie do polowania, biegna baaaardzo szybko...
Mieszkancy wysp nigdy nie polowali na warany. Wierza w legende wg ktorej warany sa ich siostrami i bracmi, dlatego tez warany nie mialy nigdy duzo wrogow. Gorzej maja mlode, ktore czesto padaja ofiara tych 10-15 letnich najbardziej agresywnych osobnikow. Warany sa kanibalami, dlatego do 3 roku zycia mlode 'smoczki' zyja... na drzewach :))
Najbardziej znanym turysta, ktory padl ofiara waranow jest Baron Rudolph von Redding w 1974. W dolinie jest pomnik - bialy krzyz ku jego pamieci. Przewodnicy mowia, ze odlaczyl sie od grupy i poszedl nieco z boku, zeby zrobic lepsze zdjecia, a jeden zaatakowal od tylu, powalil go i ugryzl w gardlo (tak robia zeby ofiara nie mogla krzyczec 'na pomoc'). No i znaleziono tylko aparat fot. okulary i buty. Na necie sa troche inne wersje, ze spadl gdzies i krwawil z kolana (warany maja super wech), ale nie chcial zeby czekali, wiec reszta poszla dalej... W kazdym razie nieciekawa historia...
Gdy opuszczalismy wyspe mlody kolorowy, pewnie w wieku okolo 6-8 lat osobnik, przecial nam droge i 'odprowadzil' nas ok 100 m w strone naszej lodzi. Milo z jego strony... :))
Potem poplynelismy w rejon gdzie jest mnostwo mant (plaszczek) i widzielism cale mnostwo z lodzi. Niektore naprawde duze. Posnorkowalismy tam, ale z bliska pod woda zadnej juz nie widzielismy. Potem w drodze powrotnej byl snorkeling w poblizu wyspy Angel Island, juz blisko Flores. Piekna mala wyspa z biala plaza. W wodzie duzo paskudnych meduz i sporo roznych korali... Na wyspie jest tez hotel - Resort, cene w granicach 100 euro za noc.
To tyle z Komodo... :) i Labuhan bajo na Flores... miasteczko (portowe) jest bardzo turystyczne nie tylko ze wzgledu na wycieczki na Komodo i Rinca, ale takze na cale mnostwo miejsc do nurkawania.
Jutro ruszamy w glab wyspy. Na wschod, do Ruteng...
Dienstag, 13. September 2011
Komodo i Rinca
Indonezja jest, jak zapewne wiecie krajem 17 000 (niektorzy nawet mowia o 20 000) wysp. Kazda wyspa jest inna i kazda wyjatkowa.
Pomine jednak narazie w opowiadaniu: Bali, Lombok i Sumbawa, bo wczoraj i dzis spelnilo sie jedno z moich dzieciecych widzimisie. Ktos moze nazwac to marzeniem. I chce sie od razu tym podzielic. Zwlaszcza, ze nie ma tu w hotelach wifi. I musimy biegac po restauracjach.
Do Labuanbajo na zachodnim wybrzezu wyspy Flores dotarlismy pare dni temu - 09.09. Wyluzowalismy troche i odpoczelismy, bo podroz po wczesniejszej Sumbale dala mam troche w kosc.
Ale wczoraj (12.09) w koncu udalismy sie na wycieczke, na ktora czekalam od dawna, na wyspy: Rinca i Komodo. O 7: 30 ruszylismy lodzia w czworke, dobrze sie zlozylo, para z Francji - bardzo sympatyczna... postanowila do nas dolaczyc i dzielic koszty lodzi / wycieczki. Pierwsza w planie byla Rinca. Wyspa oczywiscie mniejsza w porownaniu z Komodo, ale i bardziej goraca i sucha. Nie ma wiele drzew, raczej krzaki.
Na dzien dobry przy kuchni lezaly 4 srednie warany. No tak - czuja jedzenie. Dawno temu, jak mowia przewodnicy zaczeto karmic Warany i tak bylo kilka lat, ale teraz jest to im zabronione. Z trzech roznej dlugosci tras, na trekking wybralismy najdluzszy - 2godzinny. Po 10 minutach marszu, doszlismy do miejsca, gdzie kilka dni temu warany zabily dzikiego konia (tak wszystko co zyje na wyspie jest dzikie). Oprocz koni, warany na Rinca poluja tez na malpy - makaki (long-tailed macaques) i jelenie.
Zatem 20 minut gapilismy sie, z oczami jak pieciozlotowki, jak w miare mlody osobnik wcina co zostalo na szkielecie, jak sobie pomaga pazurami i 'zmijowatym' jezykiem. Naprawde mielismy szczescie (niektorym widok waranow konczy sie na tych lezacych w sloncu przy kuchni). Potem tez mignelo nam kilka lezacych w sloncu, starszych osobnikow, jeden naprawde wielki i stary, oraz jeden mlodziutki kolo 3 lat - fantastycznie kolorowy. Generalnie jak tak sobie leza to wygladaja jak sucha kloda drewna posrod drzew... Bardzo ciezko je wypatrzec - bardzo, a na dodatek jak chca zaatakowac to skradaja sie od tylu. Nikt i nic nie ma szans. Trase zrobilismy w 1,5 godziny, a potem dalej ruszylismy (lodzia) w strone Komodo i po drodze na zatoke, na ktorej zacumowalismy i nocowalismy, jeszcze posnorklowalismy w przepieknym miejscu - Pink Beach.. Roznokolorowe korale, ryb mniej, ale korale naprawde przepiekne - roznej wielkosci i naprawde rozne rodzaje. Jeden szczegolne rzucil mi sie w oczy - wielki okolo metrowy, okragly i pomarszczony - jak ludzki mozg. Chociaz woda byla okropnie zimna, zachmurzylo sie i wial straszny wiatr (zero slonca), naprawde waaaarto bylo!!
Wieczorem przed snem jeszcze podziwialismy Flying foxes. Po naszemu Pteropusy... najwieksze zyjace nietoperze... A tak na marginesie malpy nie daly mi spac... Na wyspie przy ktorej cumowalismy, chyba blisko mialy jaskinie i wrzeszczaly cala noc. Najpierw myslalam, ze ktos podcina swiniom gardlo, taki krzyk i wrzask, ale o 3 nad ranem???
O dzisiejszym dniu opowiem pewnie pozniej albo jutro... cdn... niestety musimy leciec, dopiero co wrocilismy, poszlimy do hotelu zalatwilismy nocleg, teraz kolacja, a nasze biuro z urocza belgijka, ktora zostala tu (oczywiscie) z milosci i ktora nam 'zalatwila' wycieczke ma nasze bagaze, a otwarte jest jeszcze tylko 20 minut... papa
Pomine jednak narazie w opowiadaniu: Bali, Lombok i Sumbawa, bo wczoraj i dzis spelnilo sie jedno z moich dzieciecych widzimisie. Ktos moze nazwac to marzeniem. I chce sie od razu tym podzielic. Zwlaszcza, ze nie ma tu w hotelach wifi. I musimy biegac po restauracjach.
Do Labuanbajo na zachodnim wybrzezu wyspy Flores dotarlismy pare dni temu - 09.09. Wyluzowalismy troche i odpoczelismy, bo podroz po wczesniejszej Sumbale dala mam troche w kosc.
Ale wczoraj (12.09) w koncu udalismy sie na wycieczke, na ktora czekalam od dawna, na wyspy: Rinca i Komodo. O 7: 30 ruszylismy lodzia w czworke, dobrze sie zlozylo, para z Francji - bardzo sympatyczna... postanowila do nas dolaczyc i dzielic koszty lodzi / wycieczki. Pierwsza w planie byla Rinca. Wyspa oczywiscie mniejsza w porownaniu z Komodo, ale i bardziej goraca i sucha. Nie ma wiele drzew, raczej krzaki.
Na dzien dobry przy kuchni lezaly 4 srednie warany. No tak - czuja jedzenie. Dawno temu, jak mowia przewodnicy zaczeto karmic Warany i tak bylo kilka lat, ale teraz jest to im zabronione. Z trzech roznej dlugosci tras, na trekking wybralismy najdluzszy - 2godzinny. Po 10 minutach marszu, doszlismy do miejsca, gdzie kilka dni temu warany zabily dzikiego konia (tak wszystko co zyje na wyspie jest dzikie). Oprocz koni, warany na Rinca poluja tez na malpy - makaki (long-tailed macaques) i jelenie.
Zatem 20 minut gapilismy sie, z oczami jak pieciozlotowki, jak w miare mlody osobnik wcina co zostalo na szkielecie, jak sobie pomaga pazurami i 'zmijowatym' jezykiem. Naprawde mielismy szczescie (niektorym widok waranow konczy sie na tych lezacych w sloncu przy kuchni). Potem tez mignelo nam kilka lezacych w sloncu, starszych osobnikow, jeden naprawde wielki i stary, oraz jeden mlodziutki kolo 3 lat - fantastycznie kolorowy. Generalnie jak tak sobie leza to wygladaja jak sucha kloda drewna posrod drzew... Bardzo ciezko je wypatrzec - bardzo, a na dodatek jak chca zaatakowac to skradaja sie od tylu. Nikt i nic nie ma szans. Trase zrobilismy w 1,5 godziny, a potem dalej ruszylismy (lodzia) w strone Komodo i po drodze na zatoke, na ktorej zacumowalismy i nocowalismy, jeszcze posnorklowalismy w przepieknym miejscu - Pink Beach.. Roznokolorowe korale, ryb mniej, ale korale naprawde przepiekne - roznej wielkosci i naprawde rozne rodzaje. Jeden szczegolne rzucil mi sie w oczy - wielki okolo metrowy, okragly i pomarszczony - jak ludzki mozg. Chociaz woda byla okropnie zimna, zachmurzylo sie i wial straszny wiatr (zero slonca), naprawde waaaarto bylo!!
Wieczorem przed snem jeszcze podziwialismy Flying foxes. Po naszemu Pteropusy... najwieksze zyjace nietoperze... A tak na marginesie malpy nie daly mi spac... Na wyspie przy ktorej cumowalismy, chyba blisko mialy jaskinie i wrzeszczaly cala noc. Najpierw myslalam, ze ktos podcina swiniom gardlo, taki krzyk i wrzask, ale o 3 nad ranem???
O dzisiejszym dniu opowiem pewnie pozniej albo jutro... cdn... niestety musimy leciec, dopiero co wrocilismy, poszlimy do hotelu zalatwilismy nocleg, teraz kolacja, a nasze biuro z urocza belgijka, ktora zostala tu (oczywiscie) z milosci i ktora nam 'zalatwila' wycieczke ma nasze bagaze, a otwarte jest jeszcze tylko 20 minut... papa
Abonnieren
Posts (Atom)